06-02-2026, 05:24 PM
Hubert miał czterdzieści dwa lata i pracował jako monter instalacji fotowoltaicznych. Był to człowiek, który większość swojego dorosłego życia spędził na dachach i rusztowaniach, wystawiony na słońce, wiatr i deszcz. Jego żona, Mariola, prowadziła dom i dorabiała jako opiekunka osób starszych. Mieli dwoje dzieci w wieku szkolnym i kredyt na dom, który ciągnął się jak guma – im więcej spłacali, tym więcej pozostawało.
Hubert nigdy nie interesował się grami ani hazardem. Uważał to za fanaberię dla ludzi z nadmiarem czasu i pieniędzy. On czasu nie miał – wracał do domu zmęczony, jadł obiad i padał na kanapę przed telewizorem. Jednak pewnego dnia, gdy jego syn pożyczył mu telefon, żeby coś sprawdzić w internecie, Hubert zobaczył na ekranie ikonę, której nie kojarzył. Syn wyjaśnił, że to aplikacja vavada, którą polecił mu kolega, ale on sam nie gra, bo nie ma jeszcze osiemnastu lat.
Hubert zapomniał o tej rozmowie, ale nazwa utkwiła mu w pamięci. Kilka dni później, siedząc sam w domu podczas choroby żony (która pojechała do swojej matki na drugi koniec Polski), Hubert z nudów wyszukał w sklepie z aplikacjami hasło. Zainstalował aplikacja vavada i otworzył ją z mieszaniną ciekawości i lekceważenia.
Pierwsze wrażenie było przyjemne. Kolorowe ekrany, prosta nawigacja, możliwość gry za darmo. Hubert dostał bonus powitalny – kilkadziesiąt spinów bez konieczności wpłaty. Wygrał jakieś dwadzieścia złotych. Potem kolejne trzydzieści. Wypłacił je na konto i kupił dzieciom lody. Był zadowolony z siebie. Pomyślał: „No widzisz, można przy okazji zarobić na drobne przyjemności”.
Z czasem jednak aplikacja vavada zaczęła zajmować coraz więcej jego uwagi. Hubert wpłacał własne pieniądze – najpierw małe kwoty, potem większe. Kiedyś przegrał pięćset złotych w godzinę. Próbował odrobić, wpłacając kolejne trzysta. Przegrał też i to. Był wściekły – nie na siebie, ale na pecha. Uważał, że wystarczy jedna dobra passa, żeby odzyskać wszystko.
Mariola wróciła po dwóch tygodniach. Od razu zauważyła, że coś jest nie tak. Hubert był rozdrażniony, przestał rozmawiać z dziećmi, w weekendy zamiast naprawiać dom, siedział w kuchni z telefonem. Gdy zajrzała mu przez ramię, zobaczyła aplikacja vavada na ekranie. Wybuchła płaczem. Hubert próbował tłumaczyć, że to tylko rozrywka, że przecież tyle pracuje i ma prawo do odprężenia.
Ale Mariola nie dała się nabrać. Poszła do banku, zmieniła hasła do wspólnych kont i postawiła ultimatum: albo Hubert idzie do specjalisty, albo ona składa pozew o separację. Hubert początku się obraził, ale po dwóch dniach dotarło do niego, że może stracić rodzinę. Nie dla pieniędzy – dla głupiej aplikacji.
Zadzwonił pod numer pomocowy dla hazardzistów. Trafił na mężczyznę, który sam przeszedł przez piekło uzależnienia. Rozmawiali godzinę. Na koniec Hubert umówił się na pierwszą wizytę w poradni. Gdy wyszedł z gabinetu, miał wrażenie, że zdjął z siebie ciężki płaszcz, który nosił przez ostatnie miesiące.
Dziś Hubert nie ma już na telefonie żadnej aplikacji hazardowej. Wrócił do naprawiania domu w weekendy i spędzania czasu z dziećmi. Jego stosunek do ryzyka zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni – na dachu montuje instalacje, starannie zabezpieczając każdy krok. Bo wie, że w życiu, tak jak na wysokościach, wystarczy jedna chwila nieuwagi, żeby wszystko stracić. I choć aplikacja vavada zabrała mu trochę pieniędzy i kilka miesięcy spokoju, to zostawiła mu też dar – świadomość własnych słabości. A to, jak mówi, jest bezcenne.
Hubert nigdy nie interesował się grami ani hazardem. Uważał to za fanaberię dla ludzi z nadmiarem czasu i pieniędzy. On czasu nie miał – wracał do domu zmęczony, jadł obiad i padał na kanapę przed telewizorem. Jednak pewnego dnia, gdy jego syn pożyczył mu telefon, żeby coś sprawdzić w internecie, Hubert zobaczył na ekranie ikonę, której nie kojarzył. Syn wyjaśnił, że to aplikacja vavada, którą polecił mu kolega, ale on sam nie gra, bo nie ma jeszcze osiemnastu lat.
Hubert zapomniał o tej rozmowie, ale nazwa utkwiła mu w pamięci. Kilka dni później, siedząc sam w domu podczas choroby żony (która pojechała do swojej matki na drugi koniec Polski), Hubert z nudów wyszukał w sklepie z aplikacjami hasło. Zainstalował aplikacja vavada i otworzył ją z mieszaniną ciekawości i lekceważenia.
Pierwsze wrażenie było przyjemne. Kolorowe ekrany, prosta nawigacja, możliwość gry za darmo. Hubert dostał bonus powitalny – kilkadziesiąt spinów bez konieczności wpłaty. Wygrał jakieś dwadzieścia złotych. Potem kolejne trzydzieści. Wypłacił je na konto i kupił dzieciom lody. Był zadowolony z siebie. Pomyślał: „No widzisz, można przy okazji zarobić na drobne przyjemności”.
Z czasem jednak aplikacja vavada zaczęła zajmować coraz więcej jego uwagi. Hubert wpłacał własne pieniądze – najpierw małe kwoty, potem większe. Kiedyś przegrał pięćset złotych w godzinę. Próbował odrobić, wpłacając kolejne trzysta. Przegrał też i to. Był wściekły – nie na siebie, ale na pecha. Uważał, że wystarczy jedna dobra passa, żeby odzyskać wszystko.
Mariola wróciła po dwóch tygodniach. Od razu zauważyła, że coś jest nie tak. Hubert był rozdrażniony, przestał rozmawiać z dziećmi, w weekendy zamiast naprawiać dom, siedział w kuchni z telefonem. Gdy zajrzała mu przez ramię, zobaczyła aplikacja vavada na ekranie. Wybuchła płaczem. Hubert próbował tłumaczyć, że to tylko rozrywka, że przecież tyle pracuje i ma prawo do odprężenia.
Ale Mariola nie dała się nabrać. Poszła do banku, zmieniła hasła do wspólnych kont i postawiła ultimatum: albo Hubert idzie do specjalisty, albo ona składa pozew o separację. Hubert początku się obraził, ale po dwóch dniach dotarło do niego, że może stracić rodzinę. Nie dla pieniędzy – dla głupiej aplikacji.
Zadzwonił pod numer pomocowy dla hazardzistów. Trafił na mężczyznę, który sam przeszedł przez piekło uzależnienia. Rozmawiali godzinę. Na koniec Hubert umówił się na pierwszą wizytę w poradni. Gdy wyszedł z gabinetu, miał wrażenie, że zdjął z siebie ciężki płaszcz, który nosił przez ostatnie miesiące.
Dziś Hubert nie ma już na telefonie żadnej aplikacji hazardowej. Wrócił do naprawiania domu w weekendy i spędzania czasu z dziećmi. Jego stosunek do ryzyka zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni – na dachu montuje instalacje, starannie zabezpieczając każdy krok. Bo wie, że w życiu, tak jak na wysokościach, wystarczy jedna chwila nieuwagi, żeby wszystko stracić. I choć aplikacja vavada zabrała mu trochę pieniędzy i kilka miesięcy spokoju, to zostawiła mu też dar – świadomość własnych słabości. A to, jak mówi, jest bezcenne.

